/suty/ Jesteś brzydki a szkielet ma 206 kości! /suty/
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Część II: Trójka Mieczy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Swantewit
Administrator
avatar

Male Dołączenie : 22/06/2012
Wiek : 26
Skąd : Łomża

PisanieTemat: Część II: Trójka Mieczy   Sro Wrz 26, 2012 8:40 pm

Wczoraj dziadowi proszalnemu, kiedy pojawił się wśród chłopów, towarzyszyły właściwie tylko entuzjazm i zaciekawienie. Dziś – pomieszane zostały z całym tumultem różnych innych emocji, tak, że w siole nie było dwóch wieśniaków, którzy czuliby się tak samo w momencie, kiedy starzec zwlókł się wreszcie z ociąganiem ze stryszku. A że cała wieś przybyła na miejsce, w którym miał dalej ciągnąć swą opowieść – o tym nie trzeba chyba mówić. Każdy dziad proszalny budził przecież ogromne zainteresowanie. A taki jak ten zostawał z miejsca uznany za chodzące kuriozum. Ciekawość zwyciężała strach, odrzucenie czy, jak to się zdarzyło w paru przypadkach, płomienną nienawiść a także inne, negatywne odczucia różnej mocy.
Nie znaczy to, że starzec nie rozbudził i emocji pozytywnych. Ależ owszem! U wielu – rozdmuchał zaciekawienie, tak, że napęczniało jak dobre ciasto, u innych - skrajnie silne podniecenie – uczucie, którego trudno doświadczyć na wygwizdowie znajdującym się w samym środku potężnego Księstwa Tura, a które raz na jakiś czas jest przecież niesamowicie przyjemne! Parę dzierlatek zaczęło się wręcz w nim podkochiwać! Ale, oczywiście, żadna wprost tego nie przyznała.
Ten chaos emocji malujących się na twarzach zgromadzonych chłopów z jednej strony zdawał się dziada cieszyć, a z drugiej smucić… Widać to było wyraźnie w jego zachowaniu i wzroku, kiedy zasiadł znowu na szerokiej ławie naprzeciw zgromadzonej gawiedzi. Raz błyszczał w nim dziecięco-zwierzęcy płomyk radości, raz – często typowe dla zadumanych mędrców uczucie przygnębienia. Nawet, a może - głównie w nim, zapłonął płomień chaosu... A może on płonął w nim od zawsze? W końcu, jakby się nie oszukiwać, to ten właśnie starzec przyniósł tak niesamowite opowiadanie prostym, stosunkowo spokojnym i na swój sposób ułożonym ludziom. Opowiadanie, które zaburzyło stary ład…
Staruszek, jak wczorajszej nocy, wyciągnął zza pazuchy zawiniątko i wydostał z niego talię kart. Czynił to dokładnie takimi samymi ruchami jak i ubiegłego dnia. Znać w nich było pewien pietyzm, z bardzo dużą, jeśli nie wręcz za dużą dozą delikatności. Zupełnie jakby nie chodziło o karty, a o niemowlę… Nie tasował ich, nie rozkładał wachlarza. Zwyczajnie wydostał z talii 9 z nich - tych, które znajdowały się na wierzchu i rozłożył w konstelację, w której były już ubiegłej nocy. Wielu uważniejszych chłopów mogłoby przysiąc, że karty leżą dokładnie tak samo jak wczoraj. I znów, tak jak wcześniej, każdy z obrazków zdawał się przejawiać fantomowe oznaki życia…
- Od czego by tu… - dziad wyglądał na wyraźnie zmieszanego. Takie opowieści wymagają z reguły odpowiedniej pory i odpowiedniego zmęczenia zebranych. Teraz chłopi byli właściwie świeżo po obiedzie, a słońce nawet jeszcze nie zaszło. Wczoraj dziad opowiadał im o tej porze o polityce, a nie przedstawiał mityczną a kontrowersyjną opowieść...
- Dajcie mnie polewki! – zakomenderował. Chłopi zgłupieli. Ale co tu czynić? Najbogatszy kułak, Piotr, posłał swoją żonę do kuchni. Ta, po dobrym czasie, wróciła z zupą. W tym czasie zaś, odwróciwszy w ten sposób uwagę gawiedzi, opowiadał o kolejnych, bardziej przyziemnych sprawach. Pytania, czemu nie zaczyna dalszego ciągu wczorajszej gawędy, zbywał lub w odpowiedzi na nie tłumaczył się brakiem siły, którego z pewnością dobre, ciepłe jedzonko mu dostarczy.
Kiedy już polewkę pałaszował, nadal często przerywał żeby coś opowiedzieć albo poprosić o placki, więcej omasty i temu podobne. Sami chłopi też przerywali – w końcu to, co mówił, rodziło w ich głowach wiele pytań…
Słońce zaczęło wreszcie zachodzić. Powoli robiło się coraz ciemniej, a mistycyzm tego naturalnego pokazu rodził wreszcie odpowiednią aurę. Nawet lepszą niż wczorajsza! Sami chłopi też byli trochę jego opowiadaniami i zgryźliwymi uwagami zmęczeni, ale jednocześnie szczęśliwi. Można było zaczynać! Dziad z zapałem dokończył wystygłe już danie, otarł usta i z nowym wigorem zaczął snuć swą opowieść:
- Wróćmy zatem od samego początku! Jak zapewne wiecie w czasach pradawnych tylko jeden kontynent zamieszkany był przez istoty rozumne. Jego nazwy były różne tak, jak różne były stworzenia zamieszkujące go. W wielu mitach dotyczących tej ziemi przewijają się dwa wielkie imiona: Sandera Shiaana – Zbawiciela Światów i jego odwiecznego wroga – Arfakontusa – Pożeracza Dusz! – znowu wypowiedział to budzące grozę imię właściwie bez ostrzeżenia i znowu odbiło się to w zachowaniu chłopów. Chociaż ich reakcje nie były już tak ekstremalne jak wczoraj: parę głębszych westchnień, parę stłumionych krzyków i ogólne poruszenie. Ludzie szybko się znieczulają… Razem z wypowiadaniem tych nazw, dziad oddzielił od okręgu dwie karty – Świat i Wieżę i odłożył je. Całą zaś konstelację pieczołowicie, tak, by jej układ nie został zaburzony, przesunął na bok stołu. Po tym, odłożone karty ułożył przed sobą, w pozycji prostej względem chłopów.
- Ich odwieczna walka – kontynuował. – Jest prawidłowością całego naszego świata! Ciągłych starć dobra ze złem! Życia ze śmiercią! Tworzenia i destrukcji! Jedno bez drugiego istnieć nie może! Kiedy jedno z nich rośnie - musi rosnąć wraz z nim drugie, inaczej porządek zostanie zaburzony a konsekwencje tego spotkają cały świat! – z każdym wypowiadanym przez dziada słowem z obrazkami na kartach zaczynały dziać się coraz dziwniejsze rzeczy… A przynajmniej tak wielu wieśniakom stojącym blisko stołu się zdawało… Błyskawica z Wieży, zdawała się ożywać i wypuszczać z początku niekontrolowane, a potem coraz bardziej ukierunkowane – dążące w stronę świata, żarzące się, świetliste żyłki. Kobieta z tej drugiej karty zaś, wydawała się teraz odwrócona przodem do pioruna, zupełnie jakby obserwowała jego wędrówkę. Chwilę po tym, wieniec wokół niej wydawał się wirować, jakby chciał ochronić ją przed świetlistymi mackami, systematycznie wędrującymi po stole w jej stronę…
- Tak, moi mili, Arfakontus jest nam tak samo potrzebny jak Sander Shiaan! Powiem więcej: tak Sander Shiaan, jak i Arfakontus żyją w każdym z nas! – te słowa wzbudziły bardzo żywą reakcję tłumu znajdującego się z tyłu, wyrywając chłopów stojących najbliżej stołu z hipnotycznego niemalże transu, jaki wywołało w nich obserwowanie kart... Wielu mężczyzn zaczęło się burzyć, a co bardziej agresywnie poczęli raźnym krokiem zbliżać się do dziada zakasując rękawy swych szarych koszulin. Znaczna liczba kobiet zbladła i złapała się za serca, część zaczęła krzyczeć w niebogłosy... Lwia część dzieci zaś, widząc takie przedstawienie, poczęła płakać i wyć…
- SPOKÓJ! – gromkim głosem dziad przekrzyczał wreszcie wrzawę. – SPO-KÓJ! O co wam chodzi?
Nastała cisza. Chłopi zatrzymali się. Dziad wyraźnie przyzwyczaił ich już do negocjacji przed podjęciem pochopnych działań…
- Nie ma ci w nas Arfakontusa! – odezwało się naraz bardzo silnie parę głosów. Oczy dziada zapłonęły złowieszczo… Maska gniewu, żeby nie rzec – świętego oburzenia, odcisnęła się na jego pomarszczonej twarzy:
- A czy nigdy nie uderzyliście swojego dziecka po złości?! – zasyczał uderzając obiema otwartymi dłoniami w stół. Co dziwne – te wylądowały wprost na obu kartach, które wcześniej ułożył przed sobą. W powstałym wzburzeniu mało kto to zauważył, że złocista strużka błyskawicy, jak żywe stworzenie, na uderzenie cofnęła się momentalnie i zniknęła pod prawą ręką starca. Jego ramiona były teraz rozstawione dosyć szeroko, ale jednocześnie wyprostowane. Wyglądał trochę jak rozjuszony wilk zastawiający własnym ciałem zagrożone stado. - A czy nigdy nie wrzeszczeliście na siebie bez powodu atoli z powodu, który istnieje tylko w waszych kapuścianych łbach?! Nigdy nie zrobiliście sąsiadowi szkody w ramach zemsty?! Zawsze stawiacie dobro innych nad swoje?! – przy kolejnych „nigdy” i ostatnim – „zawsze”, mężczyzna frenetycznie machał głową dodając siły tym właśnie słowom. - Chcecie mnie rozśmieszyć?! – podniósł ręce ze stołu i skrzyżował je na piersiach - Arfakontus JEST w każdej istocie!!! – złym wzrokiem przejechał po całej gawiedzi. A potem lewą rękę opuścił i wystrzelił wskazującym palcem prawej w tłum. Niektórzy chłopi mogliby przysiąc, że wytrysnęły z niego na króciutką chwilę miniaturowe pioruny…
- I nie cofnę tych słów choćby mnie żywym ogniem przypiekali!!! – ostatnie słowa dziad wywrzeszczał w jakimś dzikim szale. Towarzyszyło temu agresywne machnięcie otwartą dłonią, jakby chciał przeciąć nią powietrze. Podparł się w boki i skręcił ciało odwracając twarz od gawiedzi. Ostentacyjnie splunął na ziemię.
- Powiem wam tyle! – stwierdził starzec, trochę ciszej, ale nadal krzycząc. - Jesteście żenujący zapierając się własnego zła! Zwalczyć je można jedynie zapoznając się z nim i starając się je zrozumieć! Zło wynika z dobra, tak jak w pewnej wierze demony pochodzą od sług wcielenia największego dobra! Każde zło to inne rozumienie dobra! Najczęściej po prostu dobra własnego, o którym myśli – czy chce, czy nie – KAŻDE Z WAS! Jeśli dążycie do dobra własnego po trupach innych, jesteście ŹLI! Nie wolno wam tak po prostu zła odrzucać! To prowadzi tylko do jeszcze większego zła, bo nie znacie wtedy siebie!
Chłopi zupełnie już się uspokoili. Nie podejrzewali, że w tym staruszku jest tyle energii i że potrafiłby on na nich tak nawrzeszczeć… Większość z nich zapewne zrozumiała jakąś jedną trzecią albo mniej tego, co powiedział. Ale autentyczne emocje, które temu wybuchowi, niepozornego w porównaniu do zdrowego silnego wieśniaka człowieczka, towarzyszyły, jak to zwykle w przemowach bywa, dużo silniej wpłynęły na tłum niż mogłyby to uczynić najpiękniejsze i najmędrsze frazy…
- Kontynuując zatem – dziad, którego lico upstrzone było teraz niezdrowymi, czerwonymi plamami, poprawił zwichrzone, rzadkie włosy. – Ci dwaj herosi: heros życia i heros zniszczenia walczyli w jednej z krain kontynentu od dłuższego czasu. Sanderowi w walce z Arfakontusem towarzyszyli między inni: nekromanta – na to słowo wieśniacy oczywiście zaczęli szumieć. - Kivan, podziemny elf łowca Ishton, krzacki mag Olen – na to imię, starzec zabrał szybko kartę z konstelacji i położył ją po prawej stronie Świata. Kartą tą był Eremita.
- Wśród nich był też biedny Rizi, który przez swój pech i nierozgarnięcie poległ w walce Arfakontusem jako pierwszy! Jego rola, choć taką by się zdawała, wcale bez znaczenia nie jest! – po tym zdaniu znowu sięgnął do konstelacji. Zabranego z niej Głupca położył po lewej stronie Świata.
- Ale o nich wszystkich za chwilę! Najpierw o tym, jak się to zaczęło! A wszystko zaczęło się od dążenia do potęgi jednego człowieka… Jak już wam mówiłem, moi mili, zło pochodzi z dbania tylko o siebie a nieuwzględniania innych! Tego nas uczy nasza historia! I to zapamiętajcie!
Człowiekiem tym był Gargan Roderick, wielki, ale też okryty niesławą czarodziej. Swoją moc czerpał z zimy i zimą potrafił władać. Usnuł więc chytry plan, że wywoła niewielkie zlodowacenia w kluczowych miejscach na kontynencie. Stwarzał całe, choć niepozorne lodowce i, jakby się zdawało, niegroźne góry lodowe, które miały powoli rosnąć i sukcesywnie oziębiać klimat. Do takiego wyczynu potrzebował jednak niesamowitych ilości mocy. A któż nie dostarcza jej więcej i szybciej niż demony? Przywoływał i pochłaniał więc kolejne z nich, bo sama śnieżna kraina, w której żył, nie była w stanie mu udostępnić wystarczającej potęgi… Aż w końcu, jak część z was pewnie wie, a część się domyśla – trafiła kosa na kamień. Gargan przyzwał Arfakontusa - imię arcydemona przestało wywoływać już jakikolwiek efekt. Chłopi słuchali dziada z rosnącym przejęciem nie zwracając najmniejszej uwagi na tę złowieszczą nazwę. Szczególnie, że przed chwilą mile podłechtał ich samooceny, wskazując na ich wiedzę i domyślność. Owszem wiedzieli i się domyślali. Już od małego znali historię o lodowym magu, który przywołał potężnego demona. Nabrała ona charakteru przestrogi, że nie wolno igrać z czymś czego się nie zna i nie kontroluje i z reguły kończyła się morałem: „…tako więc nie zabawiaj się krzesiwem, bo ja ci nogi z rzyci powyrywam!”. Właściwie wszyscy, którzy ją znali chętnie opowiadali ją dzieciom, by wystraszyć je przed snem. Jednym, co zaskoczyło niektórych, mniej obeznanych chłopów, było to, że bajka wydarzyła się naprawdę i że demonem tym był Arfakontus…
- Jak znowuż wiecie, to nie Gargan zapanował nad Arfakontusem, a Arfakontus opętał Gargana i podporządkował sobie całą zdobytą przez niego moc. Moc jednego z najpotężniejszych czarodziejów i moce wszelkich demonów, które pochłonął. I tak narodził się właśnie Pożeracz Dusz – na tę frazę chłopi nie byli jeszcze odczuleni. Tłumek wzdrygnął się. Dziad zaś przesunął w ich stronę kartę Wieży.
Ci chłopi, którzy stali bliżej mogliby przysiąc, że na krótką chwilę w oknie baszty mignęła okrągła, trochę dziecinna, wykrzywiona w okrutnym uśmiechu twarz o przeraźliwie błękitnych oczach z bardzo małymi źrenicami – bez białek – i niewielkim zakrzywionym nosie… Wielu z nich właśnie tak wyobrażało sobie Arfakontusa! Jego starszym od Pożeracza Dusz przydomkiem był Kawka, gdyż właśnie te, niepozorne ptaszki z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu towarzyszyły mu i zwiastowały jego przybycie, a do tego w swojej przyrodzonej postaci, podobno, przypominał właśnie to zwierzę...
Trudno powiedzieć czemu chłopi mimo ciągłej obserwacji takich dziwów nie konsultowali się między sobą. Może bali się, że inni uznają ich za szalonych? A może nie chcieli nic stracić z pierwszy raz widzianego, mówiąc wprost – magicznego pokazu? Co właśnie było w tym wszystkim najciekawsze – wieśniacy po oderwaniu od kart oczu powoli zapominali szczegóły, a chwilę później i najbardziej charakterystyczne fragmenty tego, co działo się z obrazkami. Tylko wlepiając w nie oczy mogli połączyć sceny w sensowną całość. W niektórych wypadkach wyglądało to tak, jakby pojedynczy z nich starali się nawet nie mrugać… Dziwne przemiany obrazków, po oderwaniu od nich wzroku, pozostawiały po sobie tylko uczucie niesamowitości, które najłatwiej przypisać można było nie rzeczywistemu zachowaniu lic, a raczej jakiejś chorobie głowy… A do tego przecież nikt się nikomu nie przyzna!
- Arfakontus – mówił dalej starzec. – po staniu się Pożeraczem Dusz, za sprawą tego, że Gargan swój umysł ukształtował tak, by móc pochłaniać energie kolejnych demonów, ruszył w świat, żeby zdobyć jeszcze więcej mocy. Po co mu ona była? Do dzisiaj nikt tego nie wie… Znając „klasę” tego demona trudno mówić tu o tym, że chciał stworzyć swoją własną dziedzinę tu, na Ziemi. Czymś takim imają się raczej te słabsze, które bardziej chcą udowodnić swoim panom, że też potrafią tworzyć krainy takie jak oni, niż na dobrą sprawę, zdobyć swoje państwo…
Może po prostu rozsmakował się w potędze? Albo w pożeraniu dusz? Istnieją przecież niepotwierdzone plotki, że jeszcze przed opuszczeniem wieży Gargana, która dziś zwana jest Wieżą Kawki, pochłonął setki kolejnych, pomniejszych demonów a także innych istot, które udało mu się przywołać…
Fakt – faktem, Arfakontus ruszył na polowanie i zwodził kolejne stworzenia po to, by pochłonąć ich esencję... Należy pamiętać o jego kunszcie! Nie używał agresji. Grał ze swoją ofiarą, wikłał ją w umysłową grę, tak, że często ona sama zaczynała mu ufać i stawała się uległa… Zaczynała dostrzegać w nim współczującą istotę, cierpiącego estetę... Jakąkolwiek formę akurat sobie wymyślił… Pochłonął setki jeśli nie tysiące, jeśli nie miliony dusz! – chłopi znowu na te rosnące liczby zareagowali przestrachem.
- Ale trafił też na bardziej oporne! Na bohaterów, o których była mowa! – …ale to negatywne uczucie zaraz znikło. W swoich reakcjach przypominali dzieci słuchające interesujących bajań na dobranoc…
- Jak głosi mit, Sander Shiaan był przez chwilę w umyśle Arfakontusa, ale stamtąd się wydostał! A dzięki temu, że wyszedł, wywołał w nim kolejne rewolucje, przez co demon systematycznie słabł! Po swojej pierwszej porażce, próbował nawet wtedy za pomocą alchemii nauczyć się destylować energie duchowe od samych cech charakterystycznych duszy, by coś takiego się nie powtórzyło. Przeszkodził mu w tym jednak Kivan, przez jakiś czas, jego asystent, który szukając dobrego nauczyciela początkowo dał mu się zwieść. Arfakontus oszukał go, że był pradawnym liczem o ogromnej wiedzy… Kolejnym, który stanął na jego drodze – był Olen Mordobij – na to imię karta Eremity zdawała się zabłysnąć, mężczyzna na jej licu zaś, jak się mogło wydawać, zmieniał się. Z każdym słowem, coraz mniej przypominał człowieka, a coraz bardziej mlecznobrodego krzata w długiej, białej szacie i zabudowanej koronie z ciemnego żelaza. Jego kostur powoli przekształcał się w bardzo specyficzną broń – coś pomiędzy bogato zdobioną laską maga, a dużym, obosiecznym toporem bojowym… Dziad nie przysunął jednak karty do chłopów. Zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy, z tego, co się na niej dzieje. Nieskrępowany, bez nawet lekkiego zachłyśnięcia, mówił dalej:
- Arfakontus po opętaniu jego młodszego brata, próbował zniszczyć w nim wolę walki o tron, do którego z urodzenia miał prawo, ale z racji uprawiania sztuki niższej - magii – został z królestwa przez swojego ojca wygnany. Olen nie poddał się. Pokonał demona w skórze swojego brata w honorowym pojedynku na topory i został królem. Następnym zwycięzcą Arfakontusa był Ishton. Demon porwał jego dziewczynę, by spłodzić z nią kolejne naczynie, w którym mógłby niepostrzeżenie wzrastać w potęgę i które mógłby ukształtować po swojemu. Elfy podziemne były wtedy niewielkim ludem i każde zdrowe dziecko było dla nich na wagę złota… Ishton odbił ją jednak, zanim ta uległa Pożeraczowi…
Byli też i tacy, którzy mieli mniej szczęścia, ale również przyczynili się do utraty przez Arfakontusa części mocy. Jednym z nich był Rizi – na to imię zabłysła karta Głupca.
- Młody i niedoświadczony wojownik, który padł ofiarą demona tuż po tym, jak ten wydostał się z Wieży Kawki – wizerunek na tej karcie także, tak jak przed chwilą miało to miejsce z obrazkiem Eremity zaczął się zmieniać. Postać na nim coraz mniej przypominała błazna, a coraz bardziej pryszczatego, na oko, szesnastoletniego chłopaka ze złotym, pięknie zdobionym sztyletem w dłoni.
- Rizi, przywabiony przez Gargana Rodericka zepchniętego w czeluści ogromnego umysłu Arfakontusa, starał się ocalić pochłoniętego czarodzieja. Arfakontus chciał zmusić go do uśmiercenia duszy tego ostatniego za pomocą magicznego sztyletu. Ten jednak, zagubiony zupełnie i przyszpilony do muru sam zadał sobie śmiertelne pchnięcie przez co ostatnia z ówczesnych Igieł Dusz, broni mogących wpływać na ducha zamkniętego w ciele, uległa unicestwieniu – w czasie, kiedy dziad mówił o ciosie, postać na karcie wbiła sobie gwałtownym ruchem sztylet, jak się zdawało prosto w serce… Pewną dziwacznością, którą zauważyło niewielu, był szybko wirujący obiekt, przypominający proste krzesło, który pojawił się na karcie gdzieś w tle, akurat w momencie, kiedy z miejsca, w które młodzian wbił ostrze trysnęła krew…
- Po tak wielu niepowodzeniach, demon zdecydował się na atak z innej strony – dziad wyraźnie zauważywszy, że karty Eremity i Głupca odciągają uwagę od jego opowieści, przysunął je bliżej do siebie. Nie zerknął przy tym nawet ani na nie, ani na chłopów.
- Tymczasowo zaprzestał pochłaniania dusz i wrócił do Wieży Kawki, skąd zaczął kierować lodowcami i górami lodowymi, tak, że utworzyły wokół całego kontynentu wielki pierścień – przy tych słowach starzec wykonał rękami obszerny okrąg przed zebranymi – Potem, zaś, za pomocą magii Gargana zmusił lód do błyskawicznego rośnięcia… Lądolód, który w ten sposób powstał w parę dni pochłonął prawie cały kontynent i zaczął zbliżać się do centralnej krainy, gdzie znajdował się sam Arfakontus i nasi bohaterowie. To właśnie było Wielkie Zlodowacenie, o którym na pewno słyszeliście! – znakomita większość chłopów, a nawet niektóre spośród ich dzieci zaczęli energicznie potakiwać. Kto nie słyszał o Wielkim Zlodowaceniu?! Na pewno nie chłopi z Księstwa Tura! Największego i najwspanialszego księstwa z tych, które powstały po Rozbiciu Dzielnicowym! Duma malowała się na twarzach, właściwie wszystkich. Oni Wiedzieli! Wiedzieli coś z tych dziwów, które mówił ten mądry starzec!
- Wtedy kot – sam zaś mądry starzec nie zwracał specjalnej uwagi na rosnące duchy chłopów, chełpiących się swoją wspaniałością. Ciągnął: - chowaniec Gargana o ogromnej mocy, imieniem Elliel, czując się w pewien sposób winnym całej sytuacji, zebrał wszystkich herosów, którzy już raz pokonali Arfakontusa w celu ostatecznego rozprawienia z nim – chłopi przyjęli pozycje wskazujące na pełne skupienie. Oczy im błyszczały, zacięły się ich usta. Wszyscy, jak jeden, zamienili się w słuch…
- Właściwie od razu, kiedy drużyna dobyła do demona, wywiązała się walka. Czterech, wielkich bohaterów przeciw Arfakontusowi! W Bitwie o Lodowe Szczyty, bo tak nazywali mieszkańcy zagrożonej krainy swój dom, walczyło tylko pięć istot, ale potęgi tych osób, które się w niej ścierały mogły zostać przyrównanie do potęg pięciu armii! Gdyby nie Elliel, który wytworzył wokół walczących tytanów pole ochronne neutralizujące znaczną część energii, która wyzwalała się w tej potyczce, kto wie, co czekałoby cały kontynent, jeśli nie cały świat!
Jako, że tak ogromne ilości energii wyzwalane były w tak krótkim czasie, nie istniał i nadal nie istnieje nikt, kto mógłby opisać jedną z najważniejszych walk w dziejach… A szkoda! Co to musiało być za widowisko! – dziad zaśmiał się i spojrzał w sufit zupełnie jakby sobie coś przypominał. Czy to możliwe, że jednak coś wiedział i tylko się krygował? Chłopi nie zwrócili na ten niepasujący do sytuacji aspekt jego zachowania. Byli zasłuchani. Wszystkie ich ciała ukazywały stan napięcia, który najpewniej królował teraz w ich umysłach. Oczekiwali na finał…
- Gdy zasłona Elliela opadła i kot poszedł sprawdzić, co stało się z bohaterami, zastał straszny widok. Ishton i Kivan byli martwi. Pierwszy – rozerwany na strzępy. Jego ciało wyglądało jak koślawa wydzieranka nie panującego jeszcze dobrze nad rękami, małego dziecka… Dawało się go jednak poznać po poszarpanym stroju i przecudnej urody łuku, który leżał tuż obok ochłapu. Kivan też nie przeżył. Jego Arfakontus... – dziad zachłysnął się. Chłopi z niepokojem zaczęli spoglądać na siebie nawzajem...
-… On… - starzec najwyraźniej nie był w stanie tego wymówić. Widać było, że łzy kręcą się w kącikach jego oczu. – On wywinął go na drugą stronę – wydusił z siebie jednym tchem. Jego ciało leżało obok szkieletu, z którego wylewały się wnętrzności… Ciało… Ciało było wynicowane tak, że wnętrze było na zewnątrz – wielu mężczyzn zaczęło naraz wrzeszczeć… Kobiety – prawie wszystkie - połapały się za usta i zbladły. Części zakręciły się łzy w oczach. Dzieci na szczęście nie bardzo rozumiały co się dzieje, ale i tak z rosnącym niepokojem obserwowały reakcje dorosłych.
- Przeżyli Olen i Sander. I oczywiście – Arfakontus… - ten ostatni spętany był silnymi konarami i pędami, tworami dzielnego Sandera oraz kajdanami stworzonymi z wichru i błyskawic, zapewne dziełem Olena… Poobijany, poparzony, przebity dziesiątkami błyszczących strzał z łuku Ishtona, z bąblami jak po trądzie - zapewne efektem klątwy Kivana, i mięsem na wierzchu. Cały umazany czarną, a jednak dziwnie opalizującą posoką. Wyrywał się, wrzeszczał, klął!
Dwaj ocaleli bohaterowie byli ledwo żywi. Pustym wzrokiem patrzyli to na siebie, to na szczątki martwych towarzyszy… Ta walka musiała być piekielna… Nie tylko ze względu na trudność, ale i na środki, do jakich uciekł się, z tego co było widać, cudem poskromiony demon.
Arfakontus został przeniesiony do Wieży Kawki i spętany jeszcze potężniejszymi zaklęciami. Nie tylko Sandera i Olena, ale również innych, ocalałych po kataklizmie magów. Na straży postawiono najpierw elitarnych czarodziei, a potem specjalnie wytrenowanych strażników magicznych, znających się tak na walce wręcz jak i na niektórych czarach, a przede wszystkim na ich odbijaniu i blokowaniu. Jednak ci bardzo szybko doprowadzeni zostali do szaleństwa ciągłymi delikatnymi, ale systematycznymi intrygami demona. Trenowani byli następni i następni, lecz żaden nie wytrzymał dłużej niż pół roku. Każdy z nich, po krótszej lub dłuższej służbie nadawał się tylko do wieży błaznów…
A i więzy Arfakontusa słabły. Magowie, którzy je konserwowali opadali z sił na parę miesięcy po jednorazowym wzmocnieniu. Musieli być często wymieniani… Przychodzili coraz słabsi... A więc i więzy były coraz lichsze… Elliel, teraz nadzorca Arfakontusa, wezwał Olena i Sandera na naradę. Z tego, co się mówi – dwaj pozostali długo nie chcieli się zgodzić na plan tego ostatniego. Jednak, nie widząc innego wyjścia, w końcu ulegli. Sander zdecydował, że on stanie się teraz więzieniem Arfakontusa… Demon został zapieczętowany w jego sercu! I obaj zniknęli na długie, długie lata…
Na wszelkie błogosławieństwa! – zakrzyknął nagle dziad. Chłopi zaczęli się rozglądać gorączkowo jakby kto ich obudził albo wyrwał z bardzo głębokiego transu.
– Jak już późno! Idę spać! – zawyrokował starzec, zebrał się i pobiegł na górę, tak jak wczorajszej nocy. I znowu nikt nie zdążył zaooponować… Co za szelma! Jak wynikało z pierwszej umowy z Piotrem, który zgodził się go przyjąć, dziś rano miał już iść dalej, a korzystając ze zmęczenia i nieuwagi gospodarzy załatwił sobie kolejny nocleg!
Chociaż z drugiej strony… Ta jego opowieść… Wyglądało na to, że ma ciąg dalszy…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://8mieczy.rpg-board.net
 
Część II: Trójka Mieczy
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Ósemka Mieczy :: Systemy autorskie :: Ósemka Mieczy :: System :: Teksty długie - wprowadzające w klimat :: Wstęp...-
Skocz do: