/suty/ Jesteś brzydki a szkielet ma 206 kości! /suty/
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Część III: Światłość w ciemności świeci...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Swantewit
Administrator
avatar

Male Dołączenie : 22/06/2012
Wiek : 26
Skąd : Łomża

PisanieTemat: Część III: Światłość w ciemności świeci...   Pon Paź 01, 2012 6:23 pm

Schodzenie ze stryszku dziada proszalnego stało się już niemal rytuałem. Trzeci raz, o podobnej porze, robił to w prawie taki sam sposób. Z lekkim ociąganiem i namaszczeniem pokonywał każdy schodek, by w końcu, po znalezieniu się na dole, ruszyć równie powolnym i dostojnym krokiem do stołu, przy którym zgromadzeni byli chłopi. Tym razem zachowanie tych ostatnich nie zdradzało żadnego rozbicia. Jedynie napięcie – oczekiwanie na kolejny rozdział niesamowitej opowieści.
Starzec tym razem nie zwlekał z rozpoczęciem. Usiadł i dokonał kolejnego „rytuału”: rozpakował karty. Potem, ułożył tę samą konstelację - pełną. Świat, Wieża, Eremita i Głupiec byli na swoich miejscach wokół Ósemki Mieczy.
- Minęło wiele pokoleń… - zaczął starzec z biegu. Nawet nie zachrypiał czy nie odkaszlnął. – Rodzili się i umierali nowi, silniejsi lub słabsi, mądrzejsi lub głupsi w końcu zwinniejsi lub bardziej niezdarni… Słowem tacy jak każdy człowiek, bohaterowie. Co więc czyni bohatera? Odpowiedziałbym: przypadek albo los. Zależy kto, w co wierzy… Każdy z was, moi mili, może zostać bohaterem! Staraniami można sobie pomóc, ale to i tak nici przeznaczenia lub zbiegi okoliczności zdecydują czy zostaniecie zapisani w historii świata czy zapomniani. Na zawsze… - te słowa wywołały kolejne szmery w tłumie. Dziad obudził w chłopach świadomość częściowego braku wpływu na własną przyszłość i bolesnej perspektywy tego, że ich życie może nie zostawić po sobie żadnego śladu.
- Sursum corda, więc! Że tak powiem, choć pewnie niewielu z was to zrozumie. Jeśli sami nie ruszycie swojego życia doczesnego, tylko zmniejszacie swoje szanse na życie wieczne w słowach i wspomnieniach innych. Oni – Sander Shiaan! – zabłysła karta Świata,
- Arfakontus! – odpowiedziała Wieża,
- Olen Mordobij! – dołączył do nich Eremita,
- Rizi Daggeran! – Głupiec,
- Antoniusz Proximo! – Śmierć,
- Auberon I Spokojny! – Cesarz,
- Spear! – Wisielec,
- Menoer Geddemor – Diabeł.
- Oni zostaną w historii na zawsze!
Wszystkie karty żyły, wszystkie błyszczały… Teraz widział to już właściwie każdy chłop. Ci w tylnych rzędach próbowali jak najbardziej niepostrzeżenie przepychać się do przodu, by móc lepiej obserwować widowisko, ale o dziwo nikt nie próbował wymieniać się wrażeniami doznanymi podczas pokazu. Zupełnie jakby nie zauważał tego, że inni są poruszeni, tak samo jak on. Lica kart zmieniały się. Na obrazkach pojawiały się postaci, które mogły wyglądać jak ci, którym tarotowe symbole zostały przypisane…
Kobieta z karty Świat przeobraziła się w mężczyznę w długiej, szarej szacie i płaszczu ze zwierzęcych skór. Dzierżył on potężny, sękaty kostur. Posiadał długie, brązowe włosy poprzecinane siwymi pasmami i takąż brodę. Ci, którzy stali naprawdę blisko mogli ujrzeć, że jego oczy są ciemnozielone, jednocześnie – wesołe i smutne… Od całej postaci bił wewnętrzny spokój. Sprawiała wrażenie głęboko zamyślonej, ale jednocześnie w pełni otwartej na świat zewnętrzny.
Wieniec otaczający postać zamienił się w dziwne, zdobione koło, w którego wnętrzu, za plecami mężczyzny pojawił się kwadrat. W środku każdego jego boku zaś znajdowały się wypustki znamionujące znak krzyża. Gdyby chłopi byli trochę mądrzejsi, dostrzegliby w nim mandalę.
Same zdobienia zdawały się również żyć własnym życiem - były w ciągłym ruchu… Same kształty, z których składał się mandala, również kręciły się bardzo powoli. Zewnętrzne koło w prawo, kwadrat z „krzyżem” w lewo.
Twarze w rogach karty także się przekształciły. Anioł zmienił się w wesołego starca o długich zielonej brodzie i włosach, a głowy zwierząt – w łby kruka, jednorożca i jakiegoś nieznanego, masywnego stwora – ni to niedźwiedzia ni hipopotama, w którym można było dopatrywać się podobizny samego, prehistorycznego Behemota.
Wieża - karta znajdująca się po drugiej stronie Ósemki Mieczy, u jej spodu, przeszła równie diametralne zmiany. Błyskawic zrobiło się więcej, niebo za basztą zaś stało się ciemniejsze. Sama wieża wysmukliła się, ale jednocześnie stała się bardziej zniszczona i zapuszczona. Mimo że przypominała teraz mniej toporne i dużo piękniejsze od warownych baszt, iglice magów, była raczej przerażająca, nie dostojna. Lekko przekrzywiona, ciemna, ze świecącą zimnym, chaotycznie wirującym błękitem kulą na zwieńczeniu… Jeśli długo na nią patrzeć – zdawało się, że zaraz runie na oglądającego ją człowieka. Z jej okna zaś, tym razem bardzo wyraźnie, widać było niewielką głowę z okrutnym uśmiechem. Z tej perspektywy, była tycia, jednak długotrwałe spoglądanie na nią zdawało się przybliżać ją i powiększać tak, że człowiekowi zdawało się, że stoi twarzą w twarz z abominacją, której szczegóły aparycji z taką ciekawością jeszcze przed chwilą starał się dojrzeć… Nie mógł już jednak oderwać od niej wzroku! Nie mógł uwolnić się od przerażających, ptasich ślepi! Malutkich, ostrych jak igiełki ząbków i tego chłodu, wszechogarniającego, przeszywającego ścinającego szpik w kościach chłodu… Paru chłopów, którym przydarzyło się to groźne spotkanie z emanacją samego Arfakontusa, chciało krzyknąć z bólu i strachu… Każdy dźwięk jednak wiązł im w gardłach… Z zewnątrz, ściśnięci w potężnym skurczu całego ciała, z wyłupiastymi oczyma, otwierający i zamykający usta wyglądali jak ryby wyrwane właśnie z wody. Gdyby ktoś obserwował całą tę sytuację z zewnątrz zapewne śmiałby się myśląc, że to jacyś wariaci. Ich dusze jednak przeżywały właśnie chwile największej grozy w całym ich życiu…
Eremita przeszedł zmiany podobne do tych, jakie zaszły w nim wczoraj. Zamiast starca w mnisim habicie, znajdował się teraz na jej wizerunku mlecznobrody krzat w zdobionej runami białej tunice i z dużą, zabudowaną, żelazną koroną na głowie. Podpierał się dziwnym toporem o długich drzewcach. W dłoni zaś, zdawał trzymać się niewielką chmurkę. Na jego twarzy, w zmarszczkach odciskało się ogromne doświadczenie, setki frasunków i radości. To oblicze można było uznać za idealne wręcz zobrazowanie metafory „mądrości starców”.
Głupiec poszedł w ślady Pustelnika. Na obrazku stał teraz szesnastolatek ze złotym sztyletem w dłoni. Co uważniejsi mogli dostrzec, że jego twarz nie wyrażała specjalnej inteligencji…
Na licu karty Śmierci zaś, znajdował się teraz trupioblady mężczyzna z czarnym makijażem bojowym, dzięki któremu przypominał trochę szkielet, a trochę demona. Nosił pięknie zdobioną zbroję, w kolorze bazaltu. Pod lewym ramieniem trzymał takiejż barwy hełm. Prawą dłoń opierał zaś na wbitym w zwłoki demona mieczu u kunsztownie wykonanych rękojeści i jelcu. Pod jego stopami, jak pod stopami oryginalnego wizerunku śmierci, również znajdowały się zwłoki. Wśród tych leżeli jednak nie tylko ludzie, ale i właśnie demony oraz elfy, orkowie, smoki… Parę z trucheł wyglądało nawet na pozbawionych nie-życia nieumarłych!
Ale i to nie wszystko. Po transformacji, karta Śmierci, paradoksalnie, była pełna życia. Samo przedstawienie dziwnego rycerza, co chwila zmieniało minę albo ustawienie, ciała u jego stóp zamieniały się miejscami, jedne znikały, inne się pojawiały, raz wyglądały jak rozkładające się, za chwilę – jeszcze oddychały… Naraz pojawiły się wilki i kruki konsumujące ciała, a chwilę potem zniknęły… Słońce zachodziło, po chwili było w zenicie, by jeszcze kolejny moment później nastały nieprzeniknione ciemności… Wielu chłopów obserwujących tę kartę odrywało po chwili od niej oczy. Te aż bolały od ciągłych przemian otoczenia i postaci!
Wizerunek Cesarza, z kolei, stracił brodę, odmłodniał, ale jednocześnie nabrał bardzo ostrych rysów. Jego oczy stały się ciemne i głębokie, a włosy długie, proste, czarne i niesamowicie błyszczące. Był piękny. Wiele kobiet mimowolnie westchnęło, gdy ujrzało to młode acz poważne i dumne oblicze oraz dostojną sylwetkę prężącą się pod bogatymi, pysznymi szatami. W odróżnieniu od pozostałych, ten obraz po przemianie zamarł. Wydawało się, że nic się na nim nie zmienia. Sam władca zaś, jak pomnik, nawet nie oddychał… Nie ruszał wyglądającymi zupełnie na żywe oczyma, a każdemu obserwującemu, nieważne jak stał, zdawało się, że patrzy właśnie na niego i zagląda do środka jego duszy... Że wszystko o nim wie! Te oczy – nigdy nie mrugające – wężowe, hipnotyzujące, były czymś, co sprawiało, że wielu chłopom nagle przypomniały się wszystkie chwile, kiedy zostali pokonani, zdominowani, zmuszeni do wykonywania czyjejś woli… Zupełnie jakby umysł rozpaczliwie starał się bronić przed kolejną sytuacją tego typu! Te oczy… Ten gadzi, hipnotyzujący wzrok… On zniewalał!
Wisielec, co zainteresowało wielu chłopów, stał się trochę nieludzki… Na jego twarzy pojawiła się metalowa maska, oczy zaś zaczęły świecić. Głowa zupełnie straciła włosy. Na brzuchu, zaś, pojawiło się coś błyszczącego, co przypominało kryształ. Cały zdawał się zdobiony złotem i drogocennymi kamieniami, i jakby – kuty? Rzeźbiony? Czyżby jeden ze starożytnych tego świata był… Pomnikiem?!
Na koniec, wizerunek diabła, na odpowiadającej mu karcie - z pozoru - zupełnie się „oddiablił”. Stracił wszelkie nieludzkie i niepokojące cechy zewnętrzne. Ot teraz wymalowany był na nim średniego wzrostu i postury wojownik z półdługimi rudymi włosami i parodniowym zarostem. Na wysokości bioder przytroczone miał dwa zniszczone, przerdzewiałe miecze jednoręczne, w prawej dłoni trzymał bukłaczek, który przypominał te, w których trzyma się wino, ewentualnie mocniejsze trunki. W jego posturze było jednak coś niepokojącego… Niedbałego i zwierzęcego, co trudno było określić, ale co budziło niepokój. Spotkanie takiego człowieka na swojej drodze z reguły było zwiastunem niemałych problemów – czy to powstałych za jego sprawą, czy też za sprawą ciągnących za nim wiecznie kłopotów… Wyglądał na takiego, który szybciej reaguje niż myśli, a którego jednocześnie łatwo wyprowadzić z równowagi… Biorąc te wszystkie nie do końca bezpośrednio wyrażone treści pod uwagę – czy przypadkiem to nie on właśnie był bardziej „diabli” niż wizerunek, który znajdował się przed nim na XV karcie?
Tego późnego popołudnia dziad zachowywał się tak, jakby jednak znał moc ukrytą w jego talii. Obserwował chłopów zafascynowanych pokazem. Czekał, aż się napatrzą. Żadnemu nie przerywał, nawet tym, którzy „stali twarzą w twarz” z Pożeraczem Dusz. Wyglądało to tak, jakby chciał, by zebrani tutaj ludzie zostali porwani przez obrazki znajdujące się na kartach, jakkolwiek nieprzyjemne by się to dla nich nie okazało…
Kiedy zdecydował, że już wystarczy, odchrząknął głośno…
Wszyscy chłopi, jak jeden, otrząsnęli się, jakby wyszli z głębokiego transu. Sam dziad zaś zaczął wreszcie snuć swoją opowieść.
- Skończyliśmy na tym, że Sander – wziął kartę Świata – i Arfakontus – podniósł Wieżę. - Zamieszkali w jednym ciele – położył je tak, by zachodziły na siebie, i by karta XXI przykrywała XVI. Ta pierwsza, względem chłopów, była w pozycji prostej, ta druga – odwróconej. Mimo że nadal rozgrywały się na nich wspomniane scenki, straciły najwyraźniej swój transowy charakter. Chłopi zachowywali, oczywiście na swoją miarę, trzeźwość umysłu. Może to kwestia tego, że dziad wreszcie zaczął opowiadać i to likwidowało niesamowity efekt lic? A może miał on pełną kontrolę nad tymi kartami i właśnie odwołał jakiś urok?
- Czemu mówię, że zamieszkali, jeśli Sander miał go zniewolić? Ano dlatego, że tak potężnego demona nie można po prostu okiełznać! – energicznym ruchem wyciągnął Wieżę spod Świata, obrócił Świat w pozycję odwróconą i z impetem przywalił go trzymaną w ręce kartą, teraz w pozycji prostej.
- Niedługo po podjęciu się przez Sandera piekielnie trudnej misji uwięzienia Arfakontusa w sobie, wiele zaczęło się słyszeć o dziwnym podróżniku, którego zachowanie często bywało nieprzewidywalne… W pierwszym momencie wchodził między ludzi i wielokrotnie z niesamowitym poświęceniem im pomagał, na ten przykład - przeprawić się przez najgorsze gęstwiny, w drugim momencie, zaś, bez żadnego szału czy pobudzenia, bez żadnego powodu, jaki mogliby mu dać - mordował ich gołymi rękami, a ciała konsumował na surowo… Albo gwałcił wszystkich – kobiety, dzieci czy nawet mężczyzn, a potem odcinał im członki i zostawiał same korpusy z głowami, jeszcze żywe, na śmierć… - ta informacja po raz kolejny już w ciągu tych trzech dni wzbudziła w chłopach ogromne poruszenie. Dziad najwyraźniej dzisiaj był bardziej empatyczny, bo widząc to orzekł:
- Szkoda już opowiadać o innych czynach, jakich się dopuszczał! Bo jedne były ohydniejsze i bardziej zwyrodniałe od innych! Wierzy się, że chodzi tu właśnie o Sandera Shiaana noszącego w sobie Arfakontusa… Ale nie ma jasnych dowodów, że tak było naprawdę. Nie wiadomo też, skąd niby takie wieści się brały… Arfakontus w swojej przemyślności nie pozwoliłby przecież, by przeżył jakikolwiek świadek jego wyczynów! Chyba, że zależałoby mu na tym, by takie historie poszły w świat…
Fakt, faktem, że po jakimś czasie nauczony najwyraźniej przykładem – mówimy tu o dobrej „części” tej kuriozalnej postaci (jeśli tym stworzeniem naprawdę byli Sander z Arfakontusem, a nie o jakimś szaleńcu), dewiant zniknął zupełnie i już nikt więcej o nim nic nowego nie słyszał. Oczywiście, jakiś czas powstawały zapewne jeszcze coraz to nowe, zmyślone bajdurzenia, ale i one, tracąc coraz bardziej na wiarygodności, straciły też powoli publiczność i w końcu poznikały.
Z tego, co dalej wiadomo Sander zaniósł Arfakontusa do owianej tajemnicą, mroźnej krainy Ludzi-Zwierząt. Lasu za Mgłą – Azwrarghadu – ostatnie słowo, a właściwie dźwięk, brzmiało tak, jakby nie mówił tego starzec, a warczał jakiś wilk albo pies… Wielu chłopów dostało gęsiej skórki. Niektórzy gorączkowo zaczęli rozglądać się po zebranych i z lekkim przestrachem zerkać na staruszka. Część, poczęła szemrać… Jakżeż człowiek może z siebie wydobyć takie odgłosy?!
- Tam też – kontynuował niezrażony nagłym pobudzeniem tłumu dziad. – Uzgodnił z najstarszymi druidami, że w rytuale zamkną duszę jego i Arfakontusa w sercu ciała, które zamieszkiwali, a następnie wyrwą je z jego piersi i zamrożą w ogromnym bloku lodowym, chronionym potężnymi zaklęciami. Tak, by nikt i nic nie mogło ani Sandera, ani Arfakontusa z niego uwolnić…
Dlaczego kazał w nim zamknąć też siebie? Gdyby w sercu pozostał sam Arfakontus, a Sander, jak miał obiecane przez pewnego potężnego ducha lasu zostałby leszyjem, prędzej czy później, ten pierwszy wyrwałby się ze swojego więzienia. Tylko zachowując balans, tylko utrzymując równowagę sił – zamykając w sercu drugiego ducha, który mógłby powstrzymywać niecne plany pierwszego – można było mieć jakąkolwiek nadzieję, że Arfakontus pozostanie zapieczętowany! Doceńcie poświęcenie tego druida! On był zwykłym człowiekiem, jak wy! Z jednej strony właśnie przypadek, z drugiej – gigantyczne wyrzeczenia sprawiły, że stał się Zbawicielem Światów!
I tak leżało serce w lodzie, a w nim toczyła się wieczna walka… Walka dobra ze złem, życia ze śmiercią, stworzenia ze zniszczeniem! I tak właśnie powstało Czarne Serce! – kolejna znana nazwa! Duma właściwie każdego chłopa znowu zaczęła puchnąć. Słyszeli o Czarnym Sercu! O niesamowitej relikwii, która choć więziona w ogromnej bryle lodu biła cały czas, zupełnie jakby była żywa, a bicie to słychać było dziesiątki łokci od miejsca jej spoczynku!
Aż przyszło dwóch kolejnych, podobnych Garganowi. Żyli tylko dla siebie i tylko ich własne interesy były dla nich ważne! Pierwszy - znany jako Slarjik „Wróbel” Tarraka, był zwykłym uczniakiem akademii magicznej. Może trochę bardziej utalentowanym… Ale miast talent ten wykorzystać dla dobra świata, zdecydował, że użyje go do osiągnięcia własnych, egocentrycznych celów! Ruszył do Azwrarghadu – to, jak dziad wypowiedział tę nazwę na nowo zelektryzowało publiczność. – By zdobyć moc samej natury, a potem przejąć kontrolę nad akademią! Nie. Nie dlatego, by ją ulepszyć, by wprowadzić w niej dobre zmiany… Dlatego, by się zemścić! Zemścić się na profesorach i na innych uczniach! Zemścić się na źle skonstruowanym świecie, zamiast go naprawić! – starzec ponownie zapętlał się w swoim uniesieniu. Każde kolejne zdanie wykrzykiwał coraz szybciej i coraz głośniej! Jego opowieść, w niektórych momentach, poruszała jego samego nie mniej niż samych chłopów… W końcu, zziajany, wziął parę płytkich oddechów. Potem głębszy. Uspokoił się. Podjął urwany wątek: - Skończył jednak na tym, że za namową spaczonego leszyja uczestniczył w wydostaniu z lodu Czarnego Serca!
Drugi, Neat Reaver, młody, fejski czarodziej, miał jeszcze bardziej ekspansywny cel. Chciał zostać jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym magiem w historii! A wszystko przez niepowodzenie w uprawianiu demonologii… Nieudany eksperyment sprawił, że jego duch-opiekun został opętany przez demona, a on sam stwierdził, że musi stać się najpotężniejszy, by już nigdy zaklęcia nie wymknęły się spod jego kontroli. Nie wiedział, że jego geniusz był teraz demonem w przebraniu. Wziął za dobrą kartę, że to właśnie duch, który się nim opiekował wygrał walkę i ochronił go mimo że on sam w czasie tej potyczki był nieprzytomny – demon zaatakował go jako pierwszego. Pomiot piekieł w przebraniu Darriony, bo tak nazywał się geniusz Neata, zaprowadził go zaś do samego Czarnego Serca przekonując jednocześnie niedoświadczonego czarodzieja, że to źródło niespotykanej wręcz mocy, której ten tak bardzo pragnął! W ten właśnie sposób, młody fej uwolnił Arfakontusa! – znowu zaczęły go nieść emocje. Ze zdania na zdanie podnosił głos. Ale nagle, uspokoił się. Dokończył cicho i spokojne: - A z nim, Sandera Shiaana…
Sander, nie wiedzieć czemu wybrał Slarjika na swój okręt mimo że mógł równie dobrze znaleźć azyl w ciele jakiegokolwiek z potężnych druidów, którzy przerażeni ruszyli na odsiecz ich magicznej barierze i chwilę później licznie zjawili się na miejscu zajścia... Może chciał dać tej zagubionej duszy przykład? Pokazać jak żyć mężnie i dumnie? Może chciał skłonić Wróbla do przemiany w Orła? A może chciał, by Slarjik uczestnicząc w zmaganiach z Arfakontusem odpokutował za swoje haniebne zamiary? Jakiekolwiek motywy nie kierowałyby Sanderem, Kruk i Wróbel od tego czasu żyli w jednym ciele. Z tym, że Kruk walczył i pomagał wszelkiemu istnieniu, a Wróbel uciekał i nadal myślał tylko o sobie…
Arfakontus zaś, wybrał na swój nowy okręt Neat’a Reaver’a- starzec rozdzielił karty Świata i Wieży, po czym Świat ustawił ponownie w pozycji prostej. – Młody czarodziej, napełniony nową, wielką mocą, której zdobycia tak pragnął, a ścigany przez wszystkich mieszkańców Lasu za Mgłą, czmychnął w te pędy z tego miejsca. Arfakontus mieszkający teraz w jego umyśle, podając się za Sandera Shiaana, zaprowadził go do Wieży Kawki. Tam zaś przejął kompletną kontrolę nad ciałem Neat’a a jego samego zepchnął do umysłowego więzienia, które wraz z demonem znalazło się w głowie młodego feja… Pożeracz Dusz powrócił! – starzec powiedział to tak mocnym a jednocześnie mroczny głosem, że chłopi aż się zatrzęśli. - Nauczony ostatnią porażką, nie tylko pochłaniał kolejne dusze, zdecydował, że zbuduje całą armię! Znalazł też swoich czempionów! Antoniusz, Menoer i Auberon! Oni wszyscy służyli temu demonowi! – dziad oddzielił z konstelacji Śmierć, Diabła i Cesarza, i ułożył przy karcie wieży, tak, że znalazła się w podstawie trójkąta. Figura, na kształt klina, celowała teraz „ostrym” końcem w chłopów… Ten czubek stanowił Diabeł, prawy wierzchołek Śmierć, lewy Cesarz. Wszystkie karty, prócz oczywiście Wieży, znajdowały się w pozycji odwróconej.
A jednak! I Antoniusz Proximo, i Auberon byli źli! I oni są starożytnymi?! Co to ma znaczyć?! Kolejna fala wzburzenia opanowała umysły i ciała chłopów. Rozpoczęły się zażarte dyskusje, rozległy się głośne sprzeciwy…
- Na wszystkie błogosławieństwa! – zakrzyknął Dziad. – Cichajcie! Jako dzieci… Zwyczajnie, jako dzieci… Chcecie słuchać dalej?
Dyskusje ucichły, a sprzeciwy przerodziły się w głośne, entuzjastyczne potakiwania. Dziad kontynuował:
- Podły demon nawet wypluł z siebie duszę Riziego i połączył ją z przedmiotem, tworząc w ten sposób potężny artefakt! Pierwszy z ośmiu mieczy! – dziad wyciągnął z konstelacji kartę Głupca i dołożył ją, również w pozycji odwróconej, na dole pod wieżą, tak, że z trójkąta, zrobił się krzyż.
- Posiadał on własną wolę, ale zupełnie spaczoną przez całe wieki spędzone w umyśle Pożeracza! Broni tej Arfakontus nie dał żadnemu z czempionów. Wyrzucił ją na świat, na pohybel każdemu, kto ją znajdzie! Stała się ona narzędziem werbunku wielu kolejnych istnień, które demon, w zależności od siły ich woli i mocy przez nie posiadanej, werbował do swojej armii albo też pozbawiał dusz, by następnie je pochłonąć…
Miecz Głupoty wielu mniej ważnych dla jego pana doprowadził też do szaleństwa lub śmierci… - kolejne, ale tym razem już dość ciche szumy zaczęły przetaczać się przez tłum. Chłopi nie mogli powstrzymać się, od wyrażania emocji i wymieniania się poglądami, ale jednocześnie, oczywiście, nie chcieli by dziad przerywał. Ten na szczęście tak delikatnego zachowania nie poczytał za kolejne przerywanie mu, na co, jak widać, był dość wyczulony. Spokojnie ciągnął: - Tak więc zanim Życie zdążyło zrobić cokolwiek, Śmierć zebrała pod swoją banderą pięć potężnych istnień, a wraz z nimi całe legiony słabszych! Wszystko wyglądało tak, jakby ten Świat naprawdę miał ulec potędze Arfakontusa!
Zanim znowu, choćby w swoich umysłach, zarzucicie mi kolejne łgarstwa – dziad rzekł to bardzo szybko, po tym, jak skończył wcześniejszy wątek. – (mówiłem przecież, że Arfakontus nie chciał uczynić z naszego świata swojej domeny), zastanówcie się czy tym paskudnym demonem nie mogły przypadkiem rządzić inne cele! Z tego, co mnie się zdaje, ten świat był dla niego mniej wart niż życie jednego czerwia… Chodziło mu o manifestację swojej potęgi! O zemstę! O zdeptanie tych, którzy więzili go przez całe wieki! On tak samo jak Slarjik akademię magii, pragnął podporządkować sobie świat nie dla popisania się przed swoim władcą, ani nie dla zdobycia świata samego dla siebie! On chciał jedynie pokazać, że to on rozdaje tutaj karty! I że każdy przejaw stawiania mu oporu w jego pierwotnych dążeniach, jakiekolwiek by nie były, spotka się tylko z jeszcze gorszymi konsekwencjami, niż te, które początkowo czekałyby buntowników… A przynajmniej ja, w swoim doświadczeniu, po spotkaniu wielu różnych istot, tak sądzę…
Kontynuując moją opowieść – dziad westchnął. Chłopi to mimo wszystko materiał, któremu trudno się cokolwiek przedstawia… Chociaż, jak pamiętał, w wielu wypadkach młodzi studenci albo świeżo upieczeni profesorowie bywali jeszcze gorsi. Gdzie się podziała pokora?
- Sander w ciele Slarjika jednak również znalazł popleczników. Co chyba jasne, dopiero po jakimś czasie. Najpierw musiał jakoś wydostać się z niewoli i uniknąć niechybnej egzekucji - druidzi nie chcieli uwierzyć, że w powierzchowności młodego czarownika, który uwolnił Arfakontusa siedzi teraz sam Sander Shiaan, myśleli, że to tanie kłamstwo służące wyłganiu się z nieciekawej sytuacji. Wśród dzielnych bohaterów Azwrarghadu – na ten zwierzęcy charkot chłopom było nawet trudniej się odczulić niż na imię Pożeracza Dusz… - i Pierścienia Uwa, mistycznego muru, który w niewyjaśnionych okolicznościach pojawił się wokół Lasu za Mgłą, znalazło się wielu takich, którzy zdecydowali się wesprzeć Sandera. Najmocniej na kartach historii odcisnęły się dwa imiona: młodego czarodzieja Edgara i jego towarzysza: golema Spear’a! – Starzec zabrał z konstelacji kartę Wisielca i położył ją w pozycji prostej, nad Światem. Haha! Chłopi znali również i to ostatnie imię! … Ale zaraz… Czy to nie przypadkiem dziad im je przedstawił? Wielu z wieśniaków, tych, którzy dwa dni temu opowiadali różne niestworzone historie o Spearze naraz się zarumieniło albo zaczęło zachowywać trochę nerwowo… No cóż – żaden z nich nie domyślił się, że Spear mógł być goleniem. Większość przyjmowała, że był człowiekiem, a niektórzy, co odważniejsi, że pochodził z jakiegoś innego gatunku… Ale żeby był goleniem? W ogóle – jak jakaś istota może być po prostu goleniem? Jego, tego Speara, się jadło, jak golonkę? Kolejna informacja o tej dziwnej postaci i kolejny galimatias w głowach biednego chłopstwa…
- W innych krainach kontynentu Sander znalazł kolejnych potężnych herosów, którzy chętnie wsparli go w misji powstrzymania Arfakontusa. Ten ostatni jednak nie poprzestał przecież na najpotężniejszych herosach - również zdobywał sobie uznanie mniej mocarnych, ale wcale nie najsłabszych łotrów. Armie Zniszczenia i Stworzenia rosły z każdym dniem… Trudno było pozostać obojętnym wobec konfliktu! Ci, którzy próbowali, często siłą zmuszani byli do opowiedzenia się po jednej lub drugiej stronie! Owszem, prawdziwe Dobro nie powinno stosować takich metod, jednak przetłumaczcie to pełnym zapału neofitom albo fanatykom! Ewentualnie przestraszonym perspektywą tego, że armia Dobra jednak będzie słabsza, osobom posiadającym jakąkolwiek władzę… Istoty świata, ze swej natury, nie są ani dobre, ani złe i opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron nie pozbawiało ich wszelkich cieni lub wszelkich blasków… W samym Arfakontusie jest pewne Dobro. W samym Sanderze Shiaanie jest pewne Zło. „Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnie”, jednak też ciemność w światłości zasiewa mrok i światłość go nie ogarnie! Takie są, niestety, reguły naszej rzeczywistości – starzec chwilę pogrzebał za pazuchą i wyciągnął zza niej amulet, który rzucił na stół. Było to koło, składające się z dwóch kształtów przypominających symboliczne przedstawienie kropelek lub łez. Te kontury jednak były, jak na krople, dziwnie skręcone. Jeden – złoty, drugi - czarny… W grubszych częściach tych kropel znajdowały się niewielkie kropki – w złotej „kropli” – czarna, w czarnej – złota.
- Żadna istota na tym świecie nigdy nie będzie do końca dobra i żadna istota na tym świecie nigdy do końca nie będzie zła! Ludzie z Pierścienia Uwa przynieśli nam tutaj tę filozofię. I dużo w niej jest prawdy!
Chłopi, co trochę starca zniesmaczyło, niespecjalnie zainteresowali się amuletem i wątkiem pobocznym jaki poruszył. No, ale przecież symbol nie poruszał się i nie zmieniał, tak jak karty! Czemu niby mieli się nim zająć?
- Dobra… Dobra… - westchnął dziad wyraźnie zasmucony takim obrotem sprawy. Chciej czegoś nauczyć takich… I tak pewnie niewiele z jego moralizatorskich lekcji zapamiętają… Miał chociaż nadzieję, że ta o egoizmie, wbijana im niemalże młotkiem do łbów, jakoś w nich utkwi…
- Wracam do opowieści… - Chłopi nawet tą deklaracją się niespecjalnie przejęli. Obserwowali karty, bo te nadal się ruszały i były przecież takie piękne…
- Doszło w końcu do wielkiej bitwy! – zakrzyknął wreszcie wyraźnie zirytowany starzec. Wieśniacy ożywili się i wlepili w niego błyszczące oczy… Co za prości ludzie!
- Albo nie… - dodał po chwili. Widać było, że się zgrywał. Wyglądało na to, że chciał z jednej strony ponabijać się z chłopów, a z drugiej wyrwać ich z kolejnego transu, w jaki wprowadziły ich karty. Wieśniacy stracili błysk w oku i pełne skupienia miny, ale chociaż nadal zwracali uwagę na niego. Nie gapili się już bezmózgo na karty.
- Zapomniałem o ważnym wątku… Otóż obóz śmierci zaczął się rozpadać. Tak to już jest, że wśród dobrych istnień, a właściwie takich, którzy się za takie podają, zdarzają się zdrajcy i stworzenia słabej woli. Są jednak, najczęściej w mniejszości. Wśród złych, jednak, nieprawe cechy i niegodne, a często też bezmyślne zachowania są tak popularne jak rzepa wśród ludu! Tak więc często wielu dezerterowało, ci, którzy nie potrafili czekać próbowali jakoś zaatakować lub podminować armie Dobra, co kończyło się dla nich najczęściej szybką śmiercią w walce albo na egzekucji lub też powolną na torturach… Warto pamiętać także o zdrajcach, którzy, choć niechętnie, przyjmowani byli w szeregi Życia i stanowili cenne źródło informacji. Każdy zamiar zainicjowania takich akcji wykryty w obozie Zła, oczywiście, kończył się śmiercią dysydentów. Najczęściej wyjątkowo długą i bolesną… Zło samo sobie szkodzi. Jest chaotyczne. Nie myśli o sobie, jeśli tylko przejawia się w więcej niż jednej postaci. Dlatego zło każdy ma swoje, a prawdziwe dobro jest tylko jedno…
Ze Starożytnych, jako jedyny z obozu Zniszczenia wykruszył się Auberon, który, w bardzo specyficzny sposób, „spostrzegł”, że jego królestwo popada w ruinę. Tak zaangażował się w działania związane z postacią Arfakontusa, że zostawił swoje państwo, a nawet dwór, o który dbają przecież i najgorsi władcy, na pastwę losu… Pewnego dnia obudził się w środku nocy ze sztyletem na gardle! Broń trzymał nie kto inny, a jego własna małżonka! Kobieta tak potężna, że była w stanie oprzeć się jego zniewalającej mocy! Po opanowaniu tej niespodziewanej sytuacji, pradawny władca dowiedział się, że to nie zdrada, a rozpacz kobiety, która zakochała się w dobrym królu, nie w tyranie zaślepionym słowami jakiegoś, nawet niesamowicie potężnego, maga! Słowem wyjaśnienia: Arfakontus nadal występował w postaci Neata Reavera i za niego, oczywiście, się podawał. A właściwie za feja o dwóch duszach – jednej swojej i drugiej – Sandera Shiaana. Postępował jednak bezwzględnie i dużą sympatią darzył istoty pozbawione skrupułów i moralności. Do tego posługiwał się bardzo nieczystymi zagraniami w zdobywaniu większej armii czy zjednywaniu sobie kolejnych, potężnych stworzeń. Osoby, które można uznać za dobre, więc, dosyć szybko starały się wydostać z szeregów jego armii. Wielu, jak i złym dezerterom, udało się. Pozostali, niestety, za błąd ulegnięcia pięknemu licu i jeszcze piękniejszym kłamstwom demona w ciele młodzieńca, wykryci w swoich zamiarach, kończyli martwi. Warto jeszcze dodać, że Neat-Arfakontus, by przekonać do wstąpienia w jego szeregi i utrzymać mores (jak już mówiłem, trzeba było opowiedzieć się po jednej lub drugiej stronie) przekonywał, że o wiele mniej urodziwy i charyzmatyczny od niego Slarjik jest okrętem Arfakontusa, co właśnie ze względu na niewielki dar przekonywania i dużo mniej pociągającą aparycję Wróbla łatwo przemawiało do ogromnej ilości istnień. Powtórzę więc, coście już pewnie zapomnieli! Zważcie, by nie oceniać zbyt szybko, bo możecie wylądować w sytuacji niemalże tak groźnej, jak znalezienie się w obozie armii samego Zła! I ja wcale nie żartuję!
Co dosyć logiczne, ale czego nie omieszkam dodać, demon w skórze młodego feja utrzymywał też, że zbiera tak ogromne wojska, i najsilniejszych bohaterów po to, by raz na zawsze rozprawić się z Arfakontusem zbierającym konkurencyjną armię jako medium używając ciała Slarjika Tarraki.
Auberon, po tak długiej dygresji, wracając już do wątku głównego historii, nawet widząc bezwzględność i złe uczynki Neata-Arfakontusa, nadal pozostawał jego poplecznikiem tłumacząc samemu sobie i wszystkim najbliższym mu osobom, że rządy silnej ręki i skrajny pragmatyzm, to jedyne, słuszne rozwiązanie, jeśli chce się zgromadzić ogromne wojsko.
Tak więc to kobieta, z których tak się śmiejecie często po siołach sprawiła, że Dobro zyskało niesamowicie potężnego sojusznika! – Dziad powiódł złym wzrokiem po zebranych mężczyznach. Paru z nich się skuliło.
- Auberona I Spokojnego! – starzec podniósł kartę Cesarza i pokazał ją dokładnie wszystkim zebranym. Nie zmieniła się nadal ani trochę od chwili swojej pierwszej transformacji. Znowu paru chłopów, którzy spojrzeli jej w oczy, poczuło się zdominowanych… Zważając na to, ze starzec nie prezentował w taki sposób żadnej innej karty, chyba właśnie o ten efekt chodziło… Dziad położył ją, teraz w pozycji prostej, obok karty Świata, po jej lewej stronie.
- Do Sandera dołączył też, co chyba jasne, jego odwieczny, można by wręcz rzec, przyjaciel! Olen Mordobij! – Dziad zabrał przedostatnią kartę z tak uszczuplonej już konstelacji. Została sama Ósemka Mieczy. Eremita wylądował pod Wielkim Arkanem XXI.
Chłopi zobaczyli teraz, że dwa „trójkąty” z kart: trójkąt, którego centrum podstawy stanowił Świat i trójkąt, którego centrum podstawy stanowiła Wieża, ułożone były tak, że wyglądały jak swoje lustrzane odbicia. Co więcej – odbicia celujące w siebie „ostrymi” czubkami – Śmiercią i Cesarzem! U góry pierwszej figury znajdował się Wisielec, drugiej, Diabeł. U dołu odpowiednio – Głupiec oraz Eremita. Ci, którzy pamiętali pary mieczy przedstawione pierwszego dnia, zauważyli, że przeciwieństwa znajdują się w takich miejscach, w jakich mogłoby znajdować się właśnie ich lustrzane odbicie… Taka konformacja kart wprowadziła wieśniaków w zakłopotanie. Czuli, że to wszystko ma jakiś głębszy sens, nie bardzo jednak wiedzieli jaki… Ich konsternacja sprawiła, ze nie zauważyli nawet „niedbale” rzuconego znaku złożonego z dwóch łezek - złotej i czarnej, który akurat leżał idealnie po środku między dwoma karcianymi obozami i idealnie na wysokości środków obu trójkątów. Co jeszcze bardziej interesujące, spoczywał w taki sposób, że „światłość” znajdowała się po stronie trójkąta Świata, a „ciemność”, Wieży.
Dziad przesunął amulet wyżej, a na jego miejscu położył kartę Ósemki Mieczy. Nie w pozycji prostej czy odwróconej – na boku…
- I teraz zastanówcie się, moi mili, co mogło stać się ze światem, kiedy te dwa obozy: obóz Życia i obóz Śmierci, Zniszczenia i Stworzenia, Dobra i Zła, zderzyły się…
Bitwę tę opisywało wielu. Niektórzy przyrównywali ją do mitycznej bitwy pod Har-Magedonem i próbowali koniecznie podpiąć nazwę okolicznej wioski do tej starożytnej, inni – Ragnaroku, jeszcze inni – do kolejnych zdarzeń czy potyczek, których doszukali się w swojej wierze. Inni jeszcze nie próbowali szukać odniesień, a nazwali ją najprościej: Bitwą o Świat – O! Kolejna nazwa, którą chłopi znali. Zbliżająca się kulminacja i związane z nią rosnące napięcie jednak tym razem zahamowały drożdże ich dumy czy nawet buty. – Jakby jej nie zwać, każdy opis przedstawia inny przebieg tej, co prawda epickiej, ale nie bitwy, lecz RZEZI – to słowo dziad podkreślił tak mocno, że paru chłopów aż zachwiało się na nogach. – Z czego można wnioskować, że najpewniej nikt z kronikarzy jej nie widział, a jeśli cokolwiek widział i pamiętał, to naprawdę, niewiele…
Jakkolwiek można znaleźć kilka wspólnych dla wszystkich opisów informacji. Sądzę, że warto zacząć od tej największej wagi, którą powtarzają wszelkie źródła: Armia Dobra była niepomiernie mniejsza od potęgi, którą udało się zebrać Złu. Wynikało to najpewniej i z bezwzględnych zagrań Neata-Arfakontusa i, oczywiście, z jego lepszej aparycji i większej charyzmy. Warto też pamiętać o tym, że Sander Shiaan, za pośrednictwem ust Slarjika przekazał na miesiąc przed bitwą, gdy już właściwie każdy, kto mógł opowiedzieć się po którejś stronie, zrobił to, prostą informację: „Ten, kto nie chce rozlewać niczyjej krwi lub bardzo boi się o swoją rodzinę czy innych bliskich albo tylko o swoje życie, ma wolną rękę, by zostać w jednym z naszych miast i nikt nie może zmusić go do brania udziału w walce!” Oczywiście – neofici i fanatycy niektórych zmusili, ale wielu udało się skorzystać z tego przywileju i, co prawda z dużym niepokojem, ale zostać w domowych pieleszach…
Kolejną bardzo ważną i, o dziwo, powtarzaną we wszystkich relacjach informacją, jest to, że w trakcie trwania bitwy, Antoniusz Proximo zdradził Arfakontusa i wraz ze swoją chorągwią oddanych mu, dzielnych rycerzy śmierci, nekromantów, demonologów i rycerzy piekieł wycofując się, tuż przed samym uderzeniem w armię Dobra, z pierwszych szeregów zaczął zażynać wojsko swojego własnego pana! Do dzisiaj istnieje przecież przysłowie: „zdradzać jak Zmiana” – A to stąąąąąd! Wielu chłopom nagle przejaśniło się w głowach. Wiedzieli, że chodzi w tym powiedzeniu o to, ze ktoś odstępuje od złych zamiarów i wyjawia ich treść tym, przeciw którym były skierowane. Sądzili jednak, że ta „zdrada” to właśnie „zdradzanie” komuś swoich niecnych celów. Zmianę często tłumaczyli zaś jako po prostu przemianę na dobre… No ładnie! A to tak! Fiu, fiu! Ależ ten dziad jest mądry, no dajcie spokój!
- Jego poplecznicy wiedzieli, że taki był plan tego wojownika od samego początku! Ważne byście wy za to wiedzieli, moi mili, ze zbroja Antoniusza zawierała silnego demona, który kontaktował się z samymi Władcami Piekieł. Nie były im na rękę megalomańskie posunięcia Arfakontusa. Nakłonili więc, przez wspomnianego demona Proxima by dołączył do armii Pożeracza Dusz, związał przysięgą jak najwięcej, jak najsilniejszych rycerzy i magów ciemności (sami Władcy Piekieł pomagali mu w tym zadaniu, a taka afiliacja chorągwi dysydentów, którą zbierał miała i im, i jemu to „przekonywanie” ułatwić), a w trakcie bitwy dokonał właśnie tak niespodziewanej i niesamowitej dywersji! To, jak się powiada, największa zdrada w dziejach! Prawie czterdzieści tysięcy istot, w kluczowej dla każdej potyczki chwili zmieniło nagle banderę… Sam widok tego wyczynu, oczywiście z lotu ptaka, musiał być, najmniej rzecz ujmując, zapierający dech w piersiach! Szczególnie, że, jak stoi już w niewielu źródłach, by bez szwanku wycofać się z szarżującego tłumu, cała chorągiew została przerzucona na chwilę w postać eteryczną o dopiero jak jej magowie wytworzyli ochronną barierę, która ogarnęła ją całą, a wypchnęła ze środka prące naprzód wojska, powrócili do materialnej formy!
Kolejną, ale już rzadziej powtarzaną i mniej ważną informacją jest to, że spośród ośmiu starożytnych, z początku, tylko Menoer, Proximo, Spear i Rizi w postaci Miecza Głupoty brali udział w walce. Pozostali na zasadzie dowódców pozostawali poza nią. Arfakontus obserwował ją z góry. Lewitował wysoko nad polem bitwy i tylko od czasu do czasu, gdy dostrzegał jakiś odsłonięty punkt w armii oponenta lub nieuwagę przeciwnych mu herosów, rzucał jakieś pojedyncze klątwy lub czary zniszczenia. To tylko potwierdza moje przypuszczenie, ze chodziło mu raczej o manifestację siły, niż o faktyczne zdruzgotanie adwersarzy. Z tego, co pisze już tylko paru skrybów, podobno świetnie się całą sytuacją bawił i często zaśmiewał do rozpuku – nawet a podobno wręcz szczególnie wtedy, gdy dostrzegł zdradę Proxima…
Herosi znajdujący się po stronie Dobra, jak napisano już w większej ilości ksiąg, nie uczestniczyli w walce, by nie skrzywdzić słabszych od siebie istot. Olen i Sander wspierali swoją armię potężnymi czarami zwiększając jej siłę, nasycając bronie czy zbroje walczących mocą żywiołów, jak również i na inne, podobne sposoby zwiększając ich zdolności bojowe. Auberon zaś przeciągał co słabsze jednostki wroga na stronę Życia dominując je za pomocą swego przepotężnego umysłu!
Źródła kłócą się, co do tego ile trwała bitwa. Najczęściej powtarzają, że trwała siedem dni i siedem nocy, chociaż, jak sądzę, bardzo możliwe, że to sformułowanie czysto symboliczne. Fakt faktem, gdy kurz opadł została umęczona garstka armii Dobra, a ze złych – nie przeżył prawie nikt…
W trakcie bitwy do dzielnie walczących żołnierzy i magów Życia dołączył Auberon oraz Antoniusz Proximo z resztkami swojej chorągwi. Na początku siły Dobra walczyły z rycerzem śmierci, ale gdy wojownicy i czarodzieje Stworzenia spostrzegli, że nie mają z nim najmniejszych szans, a on bez przerwy krzyczy, że chce im pomóc i żeby przestali go atakować, bo tylko marnują czas i siły, zrezygnowani, pozwolili mu udzielić sobie wsparcia nie stawiając mu już dalszych przeszkód. Co tyczy się innych herosów - Spear przeżył, jednak był zdruzgotany – jego jedyny przyjaciel i stwórca, Edgar, poległ. Menoera, zaś, czempiona Arfakontusa, ciężko rannego i niezdolnego do walki wzięto do niewoli. Demon został sam. Nie zamierzał jednak uciec ani się poddać. Zszedł z nieba, na którym dotychczas krążył jak sęp nad dogorywającym człowiekiem na miejsce potyczki, jak zaznaczają źródła, z głośnym śmiechem i oświadczył, że wszystkie duchy, które opuściły ciała podczas tej walki zostały przez niego pożarte! Szacując zgodnie z kronikami i innymi dokumentami dotyczącymi tej bitwy oraz spisami ludności ze wszystkich ziem, ilość istot biorących udział w tej bitwie zbliżała się do dziewięćdziesięciu milionów… - chłopi zrobili na tę liczbę tylko wielkie oczy. Pewnie nawet nie wiedzieli ile to jest jeden milion. Ale sama długość i egzotyczność tej nazwy robiła odpowiednie wrażenie.
- Z armii Życia ocalało, zgodnie z zapisami, tylko około pięciuset tysięcy istot. Należy pamiętać też, że były wycieńczone długą walką i, zapewne też w wielu przypadkach przerażone rozlewem krwi i ilością trupa, który tworzył na pobojowisku niemalże gruby pled… Taka scena odciska się w pamięci na zawsze…
Arfakontus otworzył w ten sposób drugą część bitwy. Dobrze, że widząc co się święci, Olen i Sander ruszyli z odsieczą i zanim demon podjął atak, już byli na miejscu. Niektóre źródła, wypowiadając się na ten temat, podają zaś, że Pożeracz Dusz czekał na swoich „starych przyjaciół”. Zupełnie jakby nie chciał zaczynać całej zabawy bez nich!
Nie ma już żadnych, wiarygodnych zapisów tego, co wydarzyło się potem. Znany jest jedynie efekt tej walki. Pozostało po niej tylko osiem artefaktów. Osiem mieczy, z których każdy powiązany był z innym Starożytnym. Wiadomo też, że ze światem w czasie trwania tej drugiej części bitwy działo się coś dziwnego. Efekty walki odczuwane były na całym kontynencie, a pewnie również, gdyby istniały jakieś inteligentnie istoty na innych – to i byłyby źródła mówiące o tym, że pojawiały się na całym świecie. Najpierw były to zwykłe, niekontrolowane kataklizmy… Później, zaczęło dziać się coś dużo gorszego… Coś, co trudno opisać inaczej, niż mówiąc, że sieć, z której utkana jest rzeczywistość zaczęła pękać! Na całym kontynencie odnotowano niesamowite zdarzenia, często takie, których nie dało opisać się słowami! Najprostsze z nich, takie które często z trudem, ale można jeszcze ubrać w słowa, to nagłe zniknięcia całych wsi, niespodziewane pioruny z jasnego nieba, grad w postaci organów wewnętrznych, ożywanie całych domów, zamków, pałaców i innych zabudowań… I jeszcze setki, tysiące innych, które można sobie tylko wymarzyć, a nawet takie, których nie sposób…
Po bitwie, wraz z pojawieniem się ośmiu mieczy, wydarzyło się coś dziwnego. Cały świat nagle, z dnia na dzień, „znormalniał”, ale w wielu miejscach zmieniła się jego geografia… Ponadto, pojawiły się zabudowania i przedmioty nigdy wcześniej nieznane na starym kontynencie… Zmieniło się również wiele, wiele innych rzeczy… Nie do końca wiadomo co się stało. Wielu mówi, że po prostu stary kontynent został połączony z innymi. Rozpadający się świat został, jak rozsypująca się talia kart, zebrany i jakby przetasowany. Ale wymagałoby to założenia, że na innych kontynentach istniało życie inteligentne, a jak mówili najśmielsi podróżnicy, niczego takiego nie znaleźli… Poza tym – nie pojawił się żaden nowy organizm!
Inni i ja podpisuję się pod tą tezą, sądzą, że ostatnią wolą któregoś z walczących herosów, najpewniej Sandera, było przeniesienie tego świata na grunt innego, zdrowego i „zasadzenie” go na nim. Moc, która wyzwoliła się podczas rytuału, w którym Starożytni zostali zapieczętowani w mieczach, pozwoliła na ten wyczyn. Same miecze zaś, mają być gwarantem tego, że już nigdy nie powtórzy się tak druzgocące starcie, jak to, które doprowadziło prawie do zniszczenia całego starego świata! Moce, które prawie go rozdarły, zostały w końcu zamknięte, a potężne zaklęcia nałożone na ostrza mają je utrzymywać w stanie takiego, ciągłego uśpienia… - Starzec postawił kartę Ósemki Mieczy w pozycji prostej, a „armie” rozbił i ułożył je dookoła, tak, ze na nowo powstała pierwotna konstelacja. Wieńcząc dzieło, przyłożył Ósemkę Mieczy znakiem światłości i ciemności. – Jak widzicie, żyjemy w ciągłym zagrożeniu. Zagrożeniu, że moc jednego lub wielu z magicznych mieczy zostanie obudzona – na razie jednak jest spokojnie, co świadczy o tym, że nikomu się jeszcze nie udało… - Dziad pogładził amulet leżący na centralnej karcie konstelacji. - Żyjemy na wiecznym rozdrożu, między ośmioma filarami rzeczywistości. I tylko od nas zależy, jak to będzie wyglądało dalej…
Chłopi wyglądali jakby nie do końca byli ukontentowani takim zakończeniem. Chcieli chyba więcej akcji, więcej efektów, więcej przemocy i pewnie seksu! A tu naraz spokojna puenta… Eh… Szkoda… Ale i tak było całkiem ciekawie! I mądrych rzeczy można się było dowiedzieć!
Rozległ się szmer. Wieśniacy ożywili się. Zaczęli się przeciągać, chadzać dookoła i w inny sposób rozciągać mięśnie. Wymieniali też poglądy o trzydniowym przedstawieniu, którego byli świadkami. Powoli przygotowywali się do wyjścia. Pora wrócić do domu! Jest już później niż zwykle, bo i dziad gadał dużo dłużej. Jutro będzie trudno wstać do roboty… No, ale warto było!
- To ja już się będę zbierał… - odpowiedział starzec. Schował znak, spakował karty…
- Albo nie! – chłopi usłyszeli nagle dziwny, kraczący głos. Momentalnie wszystkie oczy wylądowały na starcu. Szok… Twarz starca nie była tą samą, mądrą powierzchownością doświadczonego przez los człowieka… Przypominała raczej buzię jakiegoś młodziana… W ogóle – miała bardzo dużo cech dziecięcych – choćby okrągłość…
OCZY!!!
One były całe błękitne! Z jedynie małymi, matowymi, czarnymi źrenicami! Na wszelkie błogosławieństwa!!!
Chłopi zaczęli energicznie przecierać swoje ślepia. To sen! To musi być jakiś chory sen! Za dużo nowości, za dużo dziwactw, za dużo tych hipnotyzujących kart!!!
Ale jakby nie przecierali swoich oczu – nadal stał przed nimi ten sam dziwoląg. Ręce trzymał trochę jakby to były skrzydła i garbił się odrobinę, przez co przypominał ptaka… Gwałtownie i nienaturalnie przekrzywił tę okrągłą główkę, dokładnie tak jak to robią kawki…
To niemożliwe…
Jeden krzyk, potem cały ich chór przekształcający się w straszny jazgot! Tym bardziej przerażający, że stwór też zaczął wrzeszczeć swoim nieludzkim, skrzekliwym głosem. Naraz, w czasie tego wrzasku, z jego gardła poczęły wylatywać dziesiątki małych, czarnych ptaszków, które od razu zaatakowały spetryfikowanych przerażeniem chłopów. Ból małych, ostrych igiełek wbijających się miarowo w wielu miejscach w ciało to chyba jedna z najgorszych tortur… Szczególnie, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, z tego, że jedna z tych igiełek pozbawiła Cię właśnie oka albo rozglamzdrała prącie czy też pierś na krwawą miazgę… Żyjesz i czujesz ból… Ból kłutego i rozdzieranego ciała, ale także ból straty tego, czego nigdy już nie odzyskasz… Bo masz jeszcze nadzieję! Nadzieję, że przeżyjesz! Zmierzasz w stronę schodów! Na nich już cały tłum… Schody jednak nagle zamykają się z głośnym hukiem, zupełnie jakby to nie był kawał kamienia, a papierowa książka! Między jej okładkami – krew i mięso… Mięso i krew… Krew… Mięso… Krew… Biegniesz do drzwi! Widzisz kogoś, Twojego przyjaciela, zbierającego własne trzewia wypływające z rozdartego brzucha… Widzisz kogoś innego – to Twoja matka biegająca wkoło jak szalona! Rwie włosy z głowy! Ptaki jak opętane dziobią jej ciało! Następna osoba – ojciec! Siedzi skulony w kącie jak przygniecione rozpaczą dziecko… Kiwa się rytmicznie… Ptaki wyżerają jego mózg. Kawałek po kawałeczku wyciągają różowe strzępy z otwartej czaszki, jakby to były robaczki wyciągane z mokrej gleby… Na koniec -Twoja druga połowa, wyrywa się, krzyczy! Wygląda jakby jeszcze nie została nawet trochę pożarta! Ale odwraca się… Jej piękna twarz, jej korpus, jej nogi… Krwawa miazga… Upada… Ptaki rzucają się na nią z jeszcze większym zapałem i a apetytem… Znika pod czarnymi cielskami jak pod ciałem jurnego kochanka czy też kochanki… Drzwi! Drzwi! Przy nich tłum. Ciągną za klamkę! Ciągną za deski! Wszyscy próbują wydostać się z tego przeklętego miejsca! Ci, którzy dotkną klamki, zostają poparzeni! Śmierdzi siarką i spalonym mięsem… Teraz wszyscy próbują wyłamać drzwi z zawiasów! Pchają! Widać, że ich to boli… Część w szale rozpędza się… Roztrzaskują się o drzwi jakby były zrobione nie z drewna, a z kutej stali, oni zaś – nie byli ludźmi a spróchniałymi kawałkami drewna… Krew… Krew… Tyle krwi!
Zapach krwi… Smak krwi… Krew… Czemu tu jest tyle krwi?!
OKNO!
Wydostajesz się na zimną, ciemną noc. Ptaki zostawiły Cię w momencie opuszczenia budynku...
Zostajesz sam. Zupełnie sam. Z domu nadal rozlegają się krzyki. Ty jednak nie wracasz, by komukolwiek pomóc. Instynkt jest silniejszy… Uciekasz!
I co z tego? Przecież i tak straciłeś już wszystkich, na których ci zależało! Dla kogo masz tam wracać? Dla kogo masz ryzykować? Dla jakichś obcych? Oni też mogą uciec przez okno! Kto im broni?
Rany bolą cię jak diabli. Nie masz jednego oka… Ale co to za różnica w takiej ciemni… Biegniesz, biegniesz co tchu…
Padasz…
Tracisz przytomność…
Budzisz się w swoim łóżku. Zlany potem. Jest rano. Z kuchni dobiegają Cię zapachy i odgłosy przygotowywanego właśnie śniadania. Dzień wolny!
A więc to był tylko sen! Tylko chory sen! Tak jak ci się zdawało! Ale te sny bywają czasem głupie!
Uspokajasz się…
Po chwili, gdy już czujesz, że nawet powidoki koszmaru znikają, a on sam staje się tylko mętnym wspomnieniem, kładziesz się z powrotem w ciepłej jeszcze od snu pościeli i przeciągasz się dłuuuuuugo. Rozkoszujesz się miłym uczuciem rozciągania nieposzarpanych przez żadne opętane zwierzęta mięśni i ścięgien… Jaka ta pościel jest miła i przytulna! Wreszcie udaje Ci się to docenić!
Wstajesz.
Wchodzisz do kuchni. Są tam Twoi rodzice. Cali i zdrowi. Uśmiechasz się.
I nagle wszystko gaśnie…
Umierasz…
- Dobranoc, śliczności! – żegna Cię ten przebrzydły kraczący głos. Czujesz, jak coś czule i delikatnie dotyka Twojego nierozdziobanego policzka. To ostatnie, co zapamięta Twój gasnący mózg…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://8mieczy.rpg-board.net
 
Część III: Światłość w ciemności świeci...
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Skojarzenia [1]
» Samotne Światło
» Księga eliksirów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Ósemka Mieczy :: Systemy autorskie :: Ósemka Mieczy :: System :: Teksty długie - wprowadzające w klimat :: Wstęp...-
Skocz do: